Jesteśmy żołnierzami w walce o prawdę,
I walczymy o naszą niepodległość.
Hymn Algierii (fragment)Foudil. O życiu przeciętnego AlgierczykaFoudila poznaliśmy w Algierze, gdy odwiedzał swojego przyjaciela ze szkolnej ławy, Mohanda. Od słowa do słowa wyszło na to, że koniecznie musimy odwiedzić miasto, w którym mieszka, czyli Setif. Foudil nie bardzo chciał wierzyć, że początkowo baliśmy się tam jechać - w końcu Setif leży w głębi Kabylii, w której pobyt odradza każde MSZ. Czy zdziwicie się, gdy napiszę, że to wielka bzdura?
Kabylia dla turysty jest tak samo niebezpieczna jak reszta kraju - jeśli zachowa się odpowiednie środki ostrożności, bez problemu (i przede wszystkim bez poczucia zagrożenia) można po niej podróżować. A wszelkie doniesienia o porwaniach, zamachach i niebezpieczeństwach trzeba mocno filtrować, bo zazwyczaj albo są przesadzone albo dotyczą lokalnych zatargów między sąsiednimi samcami alfa. Turyście raczej nic tu nie grozi, a ja nie mogę sobie do teraz wybaczyć, że nie pojechaliśmy do Bejai i Tizi Ouzou. Albo nie poszliśmy w piękne kabylskie góry.
Zarówno Mohand (bohater poprzedniego wpisu) jak i Foudil są Kabylami. Język kabylski jest dla nich znacznie bardziej naturalny niż arabski, a sama nie wiem czy kokieterią z ich strony nie jest stwierdzenie, że łatwiej im mówić francusku niż arabsku.
Kabylowie to ludność berberyjska, żyjąca na tych terenach na długo przed podbojem arabskim. Podobnie jak w Maroku, ze względu na swoją akcentowaną inność często byli prześladowani przez większość arabską. Długo opierali się Islamowi (do dziś wśród nich można spotkać chrześcijan), a wielu z nich ma jasne oczy i brązowe lub wręcz blond włosy (odsetek takich osób rośnie zwłaszcza na terenach trudniej dostępnych, np. w górach)! Nigdy całkowicie się niezasymilowali i do dziś całkiem często można natknąć się na namalowany na murach i ścianach Symbol Wolnych Ludzi (jak sami siebie nazywają):
Berberyjska flaga.
Do najsłynniejszych osób pochodzenia kabylskiego należą Édith Piaf, Zinedine Zidane czy Isabelle Adjani.
Wyjątkowo, o samym Setif nie będę dużo pisać, bo nie jest to najciekawsze miasto w jakim byłam. Mimo iż Algierczycy uważają je za rodzimy ośrodek turystyczny i porównują do Szwajcarii (??), to na mnie zrobiło niezbyt dobre wrażenie.
Ot, jeden główny plac z fontanną, nieco przypominającą te z Aix, główny meczet, smutne wesołe miasteczko... Ale może owa lokalna popularność miasta wynika z tego, że to najzimniejszy region w Algierii, a wiadomo, że śnieg w zimie to w końcu coś bardzo egzotycznego;)
Na dowód:
Śnieg w Setif.
Przy okazji spotkania z Foudilem chcę za to napisać o czymś, co wydaje mi się nieco ciekawsze - o codziennym algierskim życiu.
1. Każdy Algierczyk kocha swój kraj, jest z niego dumny i uważa, że to najlepszy kraj pod słońcem. Z Mali i Nigrem nie ma co go nawet porównywać, Tunezja to nie kraj, a jeden wielki kurort turystyczny (nie mylicie się, Algierczycy też jeżdżą tam masowo na wakacje!), a Maroko to już Europa, acz w gorszym wydaniu (Europa??!! Nie mogliśmy w to uwierzyć, zwłaszcza, że pod wieloma względami to Algieria wydawała nam się znacznie bardziej europejska niż Maroko. Teraz, po zastanowieniu myślę, że Algierczykom mogło chodzić po prostu o wielkie parcie Maroka na bycie kawałkiem Europy, w odróżnieniu od Algierii, która zdaje się szukać swojego własnego miejsca tu, w Afryce. Ale w czym rzecz na prawdę, chyba nie dowiemy się nigdy;)).
2. Przeciwnie do tego, co dzieje się w Maroku, w Algierii większość ludzi ma swoje własne mieszkanie, zwykle dość duże i przestronne. Prawie wszystkie osoby, u których się zatrzymaliśmy miały w domu znacznie więcej pokoi niż potrzebowały! Z kolei przy tym wszystkim, z reguły mieli bardzo słabo urządzone (albo w ogóle nie mieli!) kuchnie - zwykle albo nie jadali w ogóle w domu albo przygotowywali tu jedynie proste dania niewymagające żadnych specjalnych zasobów.
3. Jedzenie - musi być ostre. Co prawda, nie jest to ekstremum (o czym mieliśmy się przekonać, gdy tylko zawitaliśmy w Tunezji), ale i tak naszym podniebieniom nie było łatwo. Gdy ku uciesze nowych przyjaciół zaczęliśmy się wykrzywiać po spróbowaniu znacznie za dużej ilości ostrej przystawki, wiedzieliśmy już aby uważać z tymi przysmakami.
4. Kontynuując wątek mieszkaniowy, przejdźmy do kwestii higieniczno-sanitarnych. Wydaje nam się, że Algieria ma spory problem z zasobami wody. W dużej części domów, w których nocowaliśmy były problemy albo z instalacjami dostarczającymi ten surowiec albo z jego ogrzewaniem albo po prostu z dostępnością. Spotykaliśmy się z różnymi tłumaczeniami, więc ciężko powiedzieć w czym jest problem, ale ewidentnie coś jest nie tak.
Za to prawie nigdzie nie spotyka się już toalet narciarzy;)
5. Praca jest ważna. Nie widzieliśmy prawie żadnych bezrobotnych, leniwych lub żebrzących na ulicach algierskich miast (poza kilkoma pijanymi (!) menelami w Oranie, ale to już zupełnie inna bajka), a kafejki o poranku już nie były tak pełne nic-nie-robiących-o-wszystkim-rozmawiających.
Dobra praca to powód do dumy.
Mohand rozdawał nam firmowe gadżety, Foudil zanim do domu, zaprosił nas do swojego biura, a Hamid (o nim jeszcze usłyszycie) przywitał nas w kompanii swojego ojca. Praca jest doceniana i ważna, ale nie znowu najważniejsza, bo...
6. Najważniejsza jest rodzina. Ulicami w ładne dni przechadzają się dumne rodziny, a obcy przechodnie przytulają rozbrykane dzieciaki. Wiadomo, także i tu znana uniwersalna zasada mężczyzn o posadzeniu drzewa, wybudowaniu domu i spłodzeniu syna, choć gdy tego nie ma, dobrze jest mieć 'przynajmniej' kobietę.
To właśnie jest trochę problem Foudila. Problem, który szybko stał się i naszym problemem, choć z zupełnie innego powodu;)
Foudil bowiem, stateczny mężczyzna w średnim wieku, właściciel małej firemki wypożyczającej auta, zupełnie głupieje, gdy widzi atrakcyjną kobietę (oczywiście wolną, bowiem kobieta z kimś związana to dla Foudila świętość. Na szczęście;)). Udawaliśmy więc, że nie wiemy o co chodzi, gdy Foudil zaczynał miauczeć idąc za grupą nastolatek, cmokać na widok umalowanych oczu na twarzy przysłoniętej chustą (Foudil uważa zakryte włosy za niezwykle pociągające) czy zagadywać wszystkie kobiety, które na chwilę przystawały w zasięgu jego wzroku. Trochę głupio było nam być narzędziem 'podrywu na oprowadzanie turystów', a co do prośby o znalezienie pięknej, polskiej żony, to ciągle nie wiemy czy był to jedynie żart.
7. Podryw na gościa z zagranicy nie brzmi tak absurdalnie, wierzcie mi. Pisałam zresztą już o tym, że trochę jak u nas w PRLu przyjezdny z obcego kraju jest swego rodzaju sensacją. Byliśmy wzruszeni, gdy Foudil wziął wolne w pracy, aby spędził z nami cały dzień i odwieźć nas gdzieś dalej. To nie są drobne gesty.
8. Zapał w goszczeniu przejawia się ilością zrobionych zdjęć. Mieliśmy wrażenie, że chyba wszyscy w tym kraju kochają robić zdjęcia, albo przynajmniej robienie zdjęć nam (najlepiej naszym aparatem) traktują jako obowiązek gospodarza. Im więcej zdjęć, tym lepiej. Mamy więc stąd rekordowo wiele zdjęć razem i rekordowo mało zdjęć kraju.
9. Przeciętny Algierczyk nie przejawia za to zbyt wiele entuzjazmu w kwestii swoich obowiązków obywatelskich. Akurat, gdy byliśmy w tym kraju, wypadał dzień wyborów. Czwartek, ogłoszony dniem wolnym od pracy, swoim uroczystym świętem, w którym kolejny razem miała być wybrana jedyna słuszna partia. Ponieważ nie ma przymusu głosowania, to mało kto to robi. Z pewnością wpływa na to fakt, że obojętnie na kogo by nie głosować (bo oficjalnie można wybrać kogo tylko się chce), o dziwo zawsze wygrywa Front Wyzwolenia.
Mimo to, Algierczycy nie wydają być tym specjalnie zmartwieni, po prostu traktują to jako fakt, z którym już dawno się pogodzili. Tylko po co ktoś każe im jeszcze chodzić do wyborów?
Informator:* Kurs walut: 100 dinarów to ok. 1 euro.
Ceny:* Wypożyczenie auta na jeden dzień w firmie Foudila - 3000 DA;
* Śniadanie w hotelu - 200 DA;