Zdobycie najwyższego punktu Monako nie było głównym celem naszego wyjazdu.
Ba, nawet nie było celem pobocznym. Ot, klasyczny 'przy okazji', który u nas bardzo szybko awansuje do rangi mikro-wyprawy :)
Cała lipcowa podróż zaczęła się na Korsyce, gdzie, jak to ostatnio bywa, kierunek został wybrany przez ultramaraton. Rafał startował w
Restonica Trail by UTMB, jednym z najtrudniejszych technicznie ultra w Europie. Trasa ma 'zaledwie' około 100 km, ale przez przewyższenia i techniczne trudności klasyfikowana jest jak 100 mil. Ultratrudny ultramaraton udało się z godnością ukończyć, przez resztę wyjazdu mogliśmy się więc zająć tym, co wychodzi nam najlepiej: podziwialiśmy góry, spaliśmy pod namiotem, smakowaliśmy wspaniałe korsykańskie jedzenie i zachwycaliśmy korsykańskimi miasteczkami. I już wiemy, że na pewno tu wrócimy (i na pewno w góry!).
Na deser został nam jeszcze krótki pobyt w Prowansji: pola lawendy (odhaczone!), przełom Verdon (zachwyt!), oraz własnoręcznie skomponowane perfumy w Grasse (pamiątka idealna!).
I wtedy, w drodze powrotnej do domu, padło hasło:
A może najwyższy punkt Monako?I dalej było tak jak się pewnie domyślacie - bez GPS-u ani rusz :)
Najwyższy punkt Monako nie wygląda jak szczyt. Nie wygląda nawet jak wzgórze. To raczej koniec uliczki. A właściwie pasażu pełnego stromych schodków, który prowadzi konsekwentnie pod górę.
Idzie się więc dziarsko tymi schodami
Chemin des Révoires, mijając domy, mury, zakręty i kolejne schody, aż nagle… jest!
Granica z Francją. Koniec państwa. Oraz najwyższy punkt Monako.
Zero tablicy 'zdobyłeś szczyt', zero widoków jak z pocztówki. Szybka fotka, krótkie 'no to jesteśmy!' i już :)
Zdobyte!
Wskakujemy do auta i ruszamy z powrotem do domu!