Ostatnim punktem naszej podróży był kraj najmocniejszej waluty świata,
Kuwejt.
W Polsce kojarzony głównie z olbrzymimi złożami ropy (słusznie!), jak i z wojną w Zatoce Perskiej (słusznie, choć smutno!). Raczej rzadko pojawia się na listach wakacyjnych marzeń i - patrząc na to, co zastaliśmy na miejscu - chyba niespecjalnie mu na tym zależy.
Kuwejt sprawia wrażenie kraju, który nie ma ambicji być turystyczną mekką. I paradoksalnie właśnie to czyni go ciekawym.
*
Jedną z pierwszych rzeczy, które rzuciły nam się w oczy, była kawiarniana codzienność. W przeciwieństwie do większości innych krajów arabskich, w kawiarniach przesiadują głównie kobiety - eleganckie, zadbane, często w grupach, niespiesznie pijące kawę i rozmawiające godzinami. Wyglądało to tak, jakby czasu miały po prostu mnóstwo.
Swoją drogą, inaczej też niż w reszcie krajów Zatoki, około 80% mieszkańców Kuwejtu to etniczni Arabowie, co wyraźnie wpływa na charakter kraju i jego spójność kulturową.
*
Kuwejt będzie się nam mocno kojarzył z wieżami. Oczywiście, klasycznie z największym symbolem kraju,
Kuwait Towers, czyli trzema betonowymi wieżami zwieńczonymi wielkimi kulami (najwyższa ma 187 m wysokości i jest wieżą ciśnień), stojącymi tu od 1979 roku. Ale widzieliśmy też mniej słynne, ale bardziej liczne, urocze pasiaste wieże wodne
Kuwait Water Towers - jest ich 33 i stoją w grupkach.
Na naszej trasie nie mogło zabraknąć
oceanarium, bo Weronika jest absolutną fanką morskich stworzeń. Rekiny, płaszczki, ogromne akwaria - pełne skupienie, szeroko otwarte oczy i komentarze na bieżąco. Dla niej hit, dla nas przyjemna przerwa od upału.
A zwiedzanie pod preferencje Weroniki nie było przypadkowe - to właśnie w Kuwejcie Wero skończyła 4 lata. Urodziny świętowaliśmy w kawiarni Vero Lounge - nazwa zupełnie przypadkowa, radość bardzo zaplanowana. Urodziny w podróży to zawsze dobry pomysł :)
Dla nas dobrym pomysłem w podróży zawsze też jest wizyta u fryzjera. Tradycji stało się za dość i w Kuwejcie. Rafał odwiedził przyjemny salon, gdzie oprócz fryzury, zaaplikowano mu także gorącą maseczkę na twarz i golenie uszu :) A mi elegancki właściciel przybytku oznajmił, że teraz mamy
tylko trójkę dzieci, ale gdy jego ludzie skończą z moim mężem, będę chciała mieć z nim o wiele więcej dzieci! :D
*
Choć Kuwejt jest uznawany za jeden z najbezpieczniejszych krajów Bliskiego Wschodu, to legendy o stylu jazdy tutejszych kierowców słyszeliśmy jeszcze przed przyjazdem. Brawurowy, ryzykowny, wręcz niebezpieczny...
Dlatego gdy wypożyczaliśmy auto, robiliśmy to z duszą na ramieniu. Zwłaszcza że - zgadnijcie co - znowu nie było dostępnego fotelika dla dzidziusia, mimo wcześniejszej rezerwacji w systemie. Ostatnio to u nas klasyka podróżnicza.
I tu ogromne zaskoczenie: albo te historie o brawurze drogowej były mocno przesadzone, albo w ostatnich latach naprawdę sporo się zmieniło. Jeździło się spokojnie, płynnie i bez brawury. Zero stresu, (prawie) zero dzikich manewrów. Jedna z większych niespodzianek tej podróży.
Pewnie się domyślacie po co było nam auto :)
Naszym celem był najwyższy punkt kraju, znajdujący się na samym jego skraju, u trójstyku granic z Arabią i Irakiem, na przedpolu policyjnego posterunku
As Salmi.
Najwyższy punkt Kuwejtu brzmi dumnie, ale… w okolicy jest tak płasko, że bez GPS-u nie ma szans go znaleźć. Zero tabliczek, zero widoków, maksimum symboliki (z tym ostatnim żartuję :)).
Przy okazji zahaczyliśmy o
Mutla Ridge - wyniosły klif na wschód od stolicy. Przez wielu mylnie uznawany za najwyższy punkt Kuwejtu (chociaż patrząc przez przyzmat wybitności i wrażenie, trudno się temu dziwić ;)).
Miejsce samo w sobie może nie jest jakieś spektakularne krajobrazowo, ale jego znaczenie historyczne jest ogromne.
To właśnie tutaj, w 1991 roku, rozegrała się jedna z kluczowych bitew wojny w Zatoce Perskiej, zwana
Battle of Mutla Ridge. Podczas odwrotu wojsk irackich doszło do starcia z siłami koalicji, a kolumny wojsk Saddama Husajna zostały niemal całkowicie zniszczone. To był symboliczny moment końca irackiej okupacji Kuwejtu.
Gwoli szybkiego przypomnienia:
Sama Wojna w Zatoce Perskiej rozpoczęła się w 1990 roku, kiedy Irak dokonał inwazji na Kuwejt, twierdząc, że jest on 'historyczną częścią Iraku' i oskarżając go o kradzież ropy. Okupacja trwała siedem miesięcy i była niezwykle brutalna. Kuwejt został wyzwolony przez międzynarodową koalicję (na czele z USA) wiosną 1991 roku w ramach operacji wojskowej
Pustynna Burza.
Wycofując się, irackie oddziały podpaliły setki szybów naftowych. Płonące pola naftowe stały się jednym z najbardziej przejmujących obrazów tamtej wojny - czarne niebo, toksyczny dym i ogromna katastrofa ekologiczna. Skutki odczuwano tu jeszcze przez lata.
Dziś Mutla Ridge to ciche, niemal puste miejsce. Stoisz na wzgórzu, patrzysz na pustynię i trudno uwierzyć, że to właśnie tutaj pisała się tak dramatyczna historia.
Dziś w Kuwejcie też jest dramatycznie, choć pod innym względem. Kraj ten jest jednym z najbardziej wyrazistych symboli zmian klimatycznych. W 2016 roku zarejestrowano tu temperaturę 54°C. Kraj boryka jest z poważnym niedoborem wody, śmierciami z przegrzania (ludzi i zwierząt), ryzykiem podnoszenia się poziomu morza i coraz intensywniejszymi burzami piaskowymi.
*
Praktykalia:* Do Kuwejtu obowiązuje wiza, ale można ją kupić on arrival na lotnisku albo online. My wybraliśmy tę drugą opcję… i mimo to nasza cierpliwość została wystawiona na naprawdę solidną próbę. Papierologia, czekanie, formalności - a nasze dzieci dosłownie wychodziły z siebie.
* Jeśli chodzi o koszty: jest drogo. To był zdecydowanie najdroższy kraj całej naszej podróży. A jednocześnie, paradoksalnie, z najsłabszą bazą hotelową. Widać wyraźnie, że turysta nie jest tu oczkiem w głowie.
* Zamiast taksówek korzystaliśmy w mieście głównie z bardzo sprawnie działającego transportu publicznego, który okazał się wygodny i dobrze zorganizowany.
*
Na koniec:
Tak jak w przypadku bratnich krajów Zatoki - trudno uwierzyć, że Kuwejt jeszcze sto lat temu był otoczonym murem miastem-państwem, którego bramy zamykano na noc. Nie było elektryczności ani wody pitnej - tę dowożono aż z Basry w Iraku. Skala transformacji tego miejsca naprawdę robi wrażenie.
Z drugiej strony, atmosfera jest tu zupełnie inna niż w Bahrajnie czy Emiratach - Kuwejt nie próbuje nikogo uwodzić. Nie konkuruje z Dubajem, nie błyszczy atrakcjami, nie zabiega o turystów. Jest spokojny, drogi, momentami surowy, ale przez to autentyczny.
Dla nas był bardzo ciekawym zakończeniem podróży. Bez fajerwerków, za to z historią, pustynią i codziennością, która zostaje w głowie na długo.